Uzależnienie od Internetu omal nie skończyło się tragedią dla mojego syna

Wczoraj przeczytałam to, co papież Franciszek powiedział o komputerach, komórkach, smartfonach… Komentujący wypowiedź Franciszka często stwierdzali, że „dziadek” nie jest z tej epoki i nie rozumie znaczenia i roli tych narzędzi w życiu młodego człowieka. Ja jednak nie mogę się nie zgodzić z tym, co papież mocno podkreślił, że „Przywiązanie do komputera to jest choroba psychologiczna”. Bardzo mocno doświadczyłam uzależnienia mojego syna i męża od Internetu. Szczerze radzę odsunąć te urządzenia od dzieci, a przynajmniej ograniczyć ich używanie.

Wszystko jak zwykle i jak każdy nałóg zaczyna się niewinnie. Kupiliśmy synowi (wówczas 14-letniemu) pod choinkę w 2013 roku najnowszy model notebooka – taki, co zawsze chciał mieć i którym mógłby się pochwalić kolegom, wkupując się w ich towarzystwo. Syn zawsze miał ogromną potrzebę przynależności do grupy, tak się jednak niedobrze układało, że towarzystwa kolegów – zazwyczaj znacznie starszych, w których się znajdował, doceniały swoich członków tylko wtedy, gdy posiadali oni albo oryginalne ubrania, albo „wypasione” gadżety, a najlepiej i jedno, i drugie. Patrzyłam z niepokojem na znajomych mojego syna, którzy nie prezentowali sobą naprawdę żadnych wartości. Ci młodzi mężczyźni kojarzyli mi się z przyszłą kastą „pasożytów”, których sporo stoi bezczynnie z piwem w ręku na okolicznych osiedlach, utrzymywanych przez „zatroskane” matki nie stawiające swym dzieciom kompletnie żadnych wymagań. Okazało się, że przez większość czasu ja też byłam taką niewymagającą mamą, nie wiem kiedy i jak to się stało – ale omal nie skończyło się to dla mojego syna tragedią.

Notebook od świąt 2013 roku w zasadzie nie opuszczał dłoni Daniela, właściwie to on go nie odkładał, szedł w jego towarzystwie nawet do toalety czy wyrzucić śmieci (to robił z wielką łaską, jęcząc). Nawet obiadu nie mogliśmy zjeść spokojnie, bo przed talerzem ciągle leżał ten ekranik, a syn był obecny tylko ciałem. Kiedyś urządzenie zawieruszyło się, syn zrobił karczemną awanturę, po raz pierwszy usłyszałam, że używa wulgaryzmów – mocno się przestraszyłam. Daniel zaczął odcinać się od rodziny, nie wychodził jak wcześniej na mecze piłki, rower stał w piwnicy zakurzony (dawniej jeździł dużo i chętnie), przestały przychodzić do niego koleżanki. Po kilku tygodniach na zebraniu szkolnym dowiedziałam się, że bardzo opuścił się w nauce. Był uczniem czwórkowym, a tu ze zdumieniem odkryłam, że grożą mu na koniec roku dwie jedynki. Syn dość często zaczął chorować, zwiększyła się jego absencja w szkole. Uskarżał się na bóle brzucha, prosząc mnie, bym pozwoliła mu zostać w domu. Naiwnie mu wierzyłam i bezrefleksyjnie pozwalałam zwiększać mu zaległości w szkole, sama wychodząc do pracy. Byłam przekonana, ze syn odpoczywa i regeneruje siły pozostając w domu. Przełom nastąpił wtedy, gdy mąż uzyskał przez swój komputer możliwość informacji o tym, jakie strony internetowe odwiedza syn podłączony do sieci domowej w ciągu dnia. Nie wiem, co to za metoda, jednak okazała się skuteczna. Może jestem nie na czasie, ale nawet nie przypuszczałam, że istnieją takie metody śledzenia naszej aktywności w Internecie, po prostu nigdy nie lubiłam komputerów, a do Internetu zaglądałam sporadycznie.

Byłam wdzięczna mojemu mężowi, który bacznie obserwował, jak zmienia się zachowanie naszego syna, były to wręcz zmiany w osobowości, bo Daniel stał się agresywny, opryskliwy, nie skory do wylewności (zawsze wszystko z taką chęcią nam opowiadał o szkole, o kontaktach z kolegami, o planach na wakacje). Najgorsze dla mnie było to, że zaczął kłamać, symulować po to, by móc jak najdłużej siedzieć sam na sam z komputerem. Wtedy, gdy mąż złapał go na gorącym uczynku, okazało się, że spędził 9(!!!) godzin grając w gry. Byłam zszokowana i nie dowierzałam. Najgorsze, że Daniel bronił się i wypierał, że to pomyłka, że on spał, uczył się i bardzo go wtedy brzuch bolał. Przystawiony przez ojca do muru w końcu przyznał się – widziałam jednak, jak jest wściekły. Interwencja mojego męża poszła krok dalej, zabrał dorastającemu dziecku urządzenie. Nie pomogły prośby i błagania, notebook został zabrany nieomal przy użyciu siły, taki był ostry sprzeciw Daniela – wiedziałam, że to już zaszło bardzo daleko i jeszcze chwila, a trzeba byłoby syna wysłać na terapię odwykową.

Daniel bardzo długo miał poczucie straty, a wobec nas żal, że pozbawiliśmy jego życie najcenniejszej cząstki, właściwie samego sedna – jak wtedy mawiał. Wściekłość powoli jednak przechodziła w uspokojenie, potrzeba było jednak dużo czasu i cierpliwości z naszej strony. Wiem teraz, jak niebezpieczne jest dla dorastającego dziecka urządzenie typu smartfon, laptop etc. Taki młody człowiek sam sobie granic nie postawi, nie można mu zaufać, że będzie wiedział i rozumiał, że nadmierne korzystanie z Internetu stanowi dla niego wielkie niebezpieczeństwo. Dlatego proszę wszystkich rodziców, aby uważali na to, co kupują swoim dzieciom. Wiele razy czytałam, że telefony komórkowe czy laptopy są najnowszymi zdobyczami techniki i tak naprawdę ich wpływ na organizm ludzki nie został jeszcze do końca poznany. Piszę to bo nieraz doświadczam bólu ucha i głowy po odbyciu zaledwie kilkuminutowej rozmowy przez telefon komórkowy, na takie dolegliwości uskarża się też moja starsza córka, myślę więc, że nie można tego lekceważyć. Być może realny wpływ tych urządzeń na nasze zdrowie poznamy dopiero za kilka lat i będzie to wpływ bolesny i niszczący? Nie wiemy, więc lepiej zachować ostrożność i umiar to nigdy nie zaszkodzi.

(379)


photo thanks to Gabriela Pinto by flickr

5.00 avg. rating (96% score) - 1 vote

Leave a Comment