Przestałam się bać… dziecka

Pochodzę z rodziny, w której dziecko zawsze było kojarzone z wyrzeczeniem, z nadmiernym obciążeniem i całkowitą rezygnacją z siebie. Pomimo tego, że nie jestem jedynaczką i w małżeństwie moich rodziców pojawiło się wraz ze mną dwoje dzieci, nie wyniosłam z rodzinnego domu umiłowania macierzyństwa, czy też rozumienia go jako wartości albo błogosławieństwa dla małżeństwa. Zamiast tego wiele słyszałam o uciążliwościach, rezygnacji z siebie, nieprzespanych nocach i wywracaniu życia do góry nogami. Jakkolwiek stwierdzenia te są prawdą – bo przecież każde dziecko stanowi totalny przewrót w życiu małżonków, to sposób, w jaki o tym mówimy innym ludziom, może ich do macierzyństwa albo zachęcić, albo odstraszyć.

 

Niejako paradoksalnie do tego, co mi wpajano, zaznałam od moich rodziców wiele rodzicielskiej troski i uwagi. Mam wrażenie, że nie chcieli oni, bym doświadczyła już jako żona trudów związanych z macierzyństwem. Powtarzali, że małżeństwo wcale nie musi mieć dzieci, jeśli nie chcą tego małżonkowie. Rodzice moi dość wcześnie podjęli odpowiedzialność rodzicielską, można powiedzieć – nie nacieszyli się młodością, bo urodziłam się ja, zanim oni zaczęli sami na siebie zarabiać. To, co słyszałam przez szereg lat jako dziecko, a potem jako dorastająca panna, mocno wcisnęło się w moją świadomość i zaowocowało lękiem przed potomstwem.

Wyszłam za mąż jako kobieta po studiach, znalazłam pracę w szkole, w której natychmiast się odnalazłam, gdy nagle okazało się, że jestem w… ciąży. Bardzo się przestraszyłam i niemal do połowy ciąży nie powiedziałam o tym mojej mamie, bojąc się jej reakcji. Gdy jednak wyrzuciłam z siebie tę nowinę, moja mama powiedziała – „no to teraz się zacznie, zobaczysz. Koniec z wychodzeniem, koniec z pracą”. Sama chyba była zaskoczona swoją reakcją, bo niemal się popłakała. Niedługo potem mój mąż zmienił pracę i z naszym dzieckiem przeprowadziliśmy się do innej miejscowości. Znalazłam nową pracę, również w szkole, ale pojawiły się nowe problemy. Rodzina była bardzo daleko i nie mieliśmy z kim zostawiać synka na czas naszego pobytu w pracy. Na rok wynajęliśmy opiekunkę, gdy synek podrósł, poszedł do przedszkola. Moi rodzice przez pierwszy rok nie odwiedzili nas ani razu, podejrzewam, że bali się mojej prośby o to, by zaopiekować się swoim wnukiem, nigdy też nie padło z ich strony pytanie: „czy ci pomóc?”. Było mi bardzo smutno i coraz bardziej wracał do mnie lęk przed dzieckiem… kolejnym. Owładnął mną jakiś dziwny strach przed czymś, co może nigdy nie nastąpi, popłynęłam z prądem, pojawiło się myślenie antykoncepcyjne. Mój mąż się jednak modlił, niejednokrotnie mi to mówił, abyśmy mogli otworzyć się na poczęcie – ja za każdym razem ostro protestowałam, zarzucając mu, że skazuje mnie na cierpienie i rezygnację z pracy. Nigdy nie naciskał, mówił, że przyjdzie czas, a zrozumiem.

Pan Bóg stawiał na naszej drodze (dziwnym trafem) małżeństwa z Domowego Kościoła, z których żadne nie miało jednego dziecka, ale przynajmniej dwoje, liczni nawet pięcioro, a jedno siedmioro. Gdy rozmawiałam z matkami wielodzietnymi, pierwsze, co odczuwałam wobec nich, to ogromne współczucie. Zawsze zastanawiałam się, czy świadomie zadecydowały o takim kształcie swojej rodziny, czy też pozwoliły działać „przypadkowi”. Jedno, co nie dawało mi spokoju, to ten uśmiech, który nigdy nie schodził z ich twarzy, i nieprawdopodobna wręcz nadludzka cierpliwość wobec trzech skaczących równocześnie brzdąców. Podczas gdy ja warczałam niecierpliwie na mojego sześciolatka, one spokojnie tłumaczyły kilka rzeczy na raz swoim o wiele młodszym dzieciom. Pytałam – skąd ta cierpliwość? Było mi trochę wstyd, że nie potrafię być choć w ćwierci cierpliwa tak jak one wobec jedynego dziecka, jakie mam. Często znajomi zadawali nam pytania, kiedy będzie kolejne dziecko? Ja bardzo się wtedy denerwowałam, niegrzecznie odpowiadałam: „za mało zarabiam jako nauczycielka”, „nie mam nikogo do pomocy”, „co się stanie z moją pracą zawodową, będę musiała ją porzucić” itp.

Nie wiem, jak to się stało, i do tej pory nie potrafię znaleźć tego momentu, który zmienił moje myślenie na temat dzieci, na temat rodziny. Rodziny wielodzietne zawsze przedstawiały mi się jako nieudolne i zmęczone, opędzające się od gromadki własnych dzieci. Matki zmęczone, ojcowie sfrustrowani, narzekający na brak czasu i snu rodzice – to chyba obraz moich własnych rodziców tak we mnie głęboko tkwił. Okazało się jednak, że rodzice wielodzietni są niejednokrotnie najszczęśliwszymi osobami pod słońcem. Znam mamy czwórki dzieci, które są zawsze piękne, uśmiechnięte i zadowolone. Jak one to robią? Od jednej mamy usłyszałam, że miała mniej czasu, gdy miała dwoje dzieci, a gdy pojawiło się troje, wszystko zaczęło odnajdywać swoje miejsce, przy czwartym odczuła spokój i spełnienie. Widziałam na własne oczy, że to, co mówi, jest prawdą, była piękną 40-letnią matką, która z rozkoszą oddawała się opiece nad czwórką dzieci, pod sercem nosząc piąte. Kolega, który odczuwał strach przed pojawieniem się kolejnego dziecka, wyznał to kapłanowi, kapłan doradził, by zaczął już myśleć o trzecim, a lęk ustąpi. To zadziałało. Miałam żal do siebie samej. Pojawił się on nagle. Tyle lat błądzenia, tyle lat tkwienia w ułudzie. Bezskuteczne próby szukania sensu życia w pracy zawodowej i dążenia do samorealizacji jako kobieta sukcesu. Wszystko to prysło niczym mydlana bańka – w jednej chwili. Patrzyłam na wielodzietnych z podziwem, żalem i tęsknotą – co ja zrobiłam?!?!… Mam trzydzieści sześć lat, szukałam rozpaczliwie szczęścia, wydawało mi się, że już, już złapałam je za nogi, ale to nie było to, pomyliłam się.

Mój mąż zrozumiał, że Pan Bóg wysłuchał jego modlitw i dotknął moich oczu, i… przejrzałam, zrozumiałam niemal w jednej chwili, na czym polega wartość małżeństwa, w czym zakotwiczone jest szczęście kobiety i mężczyzny – w ofierze z własnego życia. Pojęłam, że nie ma nic piękniejszego niż te małe rączki, które chwytają za ramiona, i te cudne oczka, które z taką ufnością się patrzą. Pan Bóg obszedł się ze mną jak prawdziwy dżentelmen, nie naciskał, poczekał, aż ja sama dojrzeję i zrozumiem, w jakim wielkim błędzie tkwię już tyle lat. Posłał mi ludzi – takich a nie innych; męża, który pragnął zawsze mieć liczną rodzinę, dawał mi do zrozumienia na różne sposoby, gdzie odnajdę spełnienie, ocknęłam się w ostatniej chwili z tego letargu.

Gdy otworzyłam się na poczęcie, poczułam wolność i szczęście, chciałam skakać ze szczęścia. Nie czekaliśmy długo na dzieciątko, pojawiło się ono niemal równocześnie z podjęciem decyzji o powiększeniu rodziny, jeszcze raz uświadomiłam sobie, jak delikatnie Pan Bóg, Dawca Życia, się ze mną obszedł. Nie dał mi dziecka, gdy czułam lęk, gdy się go panicznie bałam, pozwolił mi poczekać, dozwolił w samej sobie to przerobić i dojść do wniosku, i podjąć decyzję, której On pobłogosławił. Teraz uzdrowił mnie z poczucia straconego czasu i dał łaskę cierpliwości. Spełniam się jako matka dwójki wspaniałych dzieci, to jest moje powołanie, a moje serce otworzyło się na kolejne dzieci i wiem, że one się pojawią – już wkrótce. Co ważne – już nie stawiam barier ilościowych, nie przeraża mnie to, że nie mam pomocy od rodziców, nasza pensja nie podniosła się, nie polepszył się standard bytowania. Nie zmieniły się w żaden sposób okoliczności, ale zmieniłam się ja i moje podejście do życia. Przestałam się lękać! Macierzyństwo uwolniło mnie z poczucia winy i pozwoliło się zatrzymać i cieszyć, przeżywać życie w szczęściu i oddaniu drugiemu człowiekowi. Chwała Bogu Najwyższemu!

Bernadeta

Image courtesy of photostock at FreeDigitalPhotos.net

(952)

 

4.20 avg. rating (85% score) - 5 votes

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.