Mamo, nie pozwól na prymitywizację języka

Czy doświadczyłaś kiedyś zakłopotania, gdy twoje dziecko zapytało o to, co znaczy to słowo wielkimi literami wysmarowane na garażu sąsiada?

O dyscyplinie języka, zwłaszcza w obecności dzieci, słów kilka.

Rodzice mieszkający i spędzający czas na dużych polskich osiedlach zapewne będą podzielali moją opinię, ale również i ci, którzy wraz ze swoimi dziećmi przemierzają podczas spacerów miejskie deptaki, parki, place zabaw czy inne miejsca, w których rodzina może spędzać wspólny czas. Zjawisko, o którym za chwilę napiszę, ma niebywałą siłę rażenia, a wciska się bezczelnie i narzuca niemal w każdej chwili przebywania na tzw. dworze. O co chodzi?

Słowa, które docierają do naszych uszu, albo budują, albo niszczą. Pozytywne zdania, wypowiadane do drugiego człowieka mogą go podnieść na duchu, pokrzepić, pocieszyć. Są jednak wyrazy, które albo nie mają kompletnie żadnego znaczenia, albo niosą ze sobą bardzo silny negatywny ładunek emocjonalny. Są wśród nich takie, które nieustannie towarzyszą mi i mojej rodzinie – i to niemal na każdym kroku. Mówię o tzw. przecinkach, niecenzuralnych przerywnikach wypowiedzi właściwej, niegdyś mówili na to „łacina podwórkowa”, jednak dziś jest to nie tylko podwórkowa, ale i uliczna, osiedlowa, a co najgorsze, coraz częściej: szkolna, urzędowa, spotykana w komunikacji miejskiej. Jako dziecko pamiętam te słowa, w różnych konfiguracjach, bo dolatywały one do mojego pokoju z boiska, które znajdowało się w niedalekiej odległości od okna. Panowie grający w – skądinąd bardzo kulturalny sport – każde nietrafienie do bramki kwitowali właśnie przecinkiem na litery, które Czytelnicy pewnie się domyślają. Czy to pomagało rozładować napięcie sportowca, czy może raczej rekompensowało zawiedzione nadzieje na wynik koleżeńskich rozrywek – nie wiem, jednak jedno jest pewne: nasłuchałam się tego sporo. Dziś sytuacja nie ma się lepiej, przecinki opanowały niemal każdy zakątek mojego miasta. Gorzej, one nawet zostały wypisane na murach, garażach i blokach. Może bym tego nie zauważyła, ale gdy trzeba udzielić paroletniemu dziecku odpowiedzi na pytanie, co oznaczają te napisy, otwierają się oczy i pojawia się konsternacja.

ID-10063995

Przeklinają młodzi, bluzgają starsi, nawet paroletnie dzieci – na to nie ma reguły ani wiekowej, ani tej związanej z poziomem wykształcenia. Zdziwiona byłam jednak, gdy przeczytałam wyniki ankiety przeprowadzonej w 2011 roku wśród 910 badanych, którzy w 41 procentach na pytanie, czy przeklina się u nich w pracy, wykazali to jako normę. Dalej na najbardziej przeklinającą grupę wskazano dziennikarzy, menedżerów i kierowców tirów. Sama z autopsji wnioskuję, że ludzie używają „magicznych” słów najczęściej podczas prowadzenia samochodu, często wystarczy popatrzeć tylko na ruch warg – już wiadomo, co kierowca wypowiada. Hmm, wolałabym, aby w przyszłości moje dzieci nie przodowały w tej kategorii, ale nie wiadomo, co się stanie, gdy maluch na każdym niemal spacerze słyszy „błogosławieństwo”. Kiedyś, odprowadzając córkę do przedszkola, byłam świadkiem, jak 3-letnie dziecko, nie mogąc zawiązać bucika, „pomogło” sobie nieudolnie wypowiedzianym słowem na 11. literę alfabetu. Niestety, „magiczne” słówko „nie pomogło”, a podły i niewdzięczny but, jak był rozwiązany, tak został. Następnego dnia zrozumiałam, skąd skłonność małego i do tego niedosłyszącego(!) Olka do takich słów. Otóż osoba, która odprowadzała dziecko do przedszkola, użyła dokładnie tego samego słówka na 11. literę alfabetu, by „pomóc” wnuczkowi szybciej się ubrać – skutek użycia magicznego wyrazu był dokładnie taki sam jak w przypadku wstrętnego buta – na nic się zdało. A czy rozładowało ono napięcie wywołane nieudolnością trzylatka? O to trzeba pytać wypowiadającego. Jedno jest pewne: atmosfera w szatni była nieprzyjemna; rodzice patrzyli po sobie, choć wyraźnie dostrzegłam, że dziadkowi po prostu się wyrwało i było mu łyso za zaistniałą sytuację, której sam był autorem.

W większości przypadków wulgaryzmy tak mocno wryły się w słownik użytkownika, że stały się nawykiem, a nawyk – jak wiadomo – bardzo trudno zlikwidować. Rozmawiałam z pewnym mężczyzną, który używa wyrazów na 11. i 3., i 16. literę alfabetu, gdy tylko czymś się zdenerwuje, najczęściej gdy prowadzi samochód i napotka na drodze niefrasobliwego kierowcę. Człowiek ten, wspaniały ojciec dorastającego syna i kilkuletniej córki, walczy ze swoją skłonnością, którą wyniósł z domu rodzinnego. Jak mówi, klęcia nauczył się od własnych rodziców i dziadków, i nigdy, nawet jak sam używał wulgaryzmów w domu rodzinnym, nie został upomniany przez rodziców. Pierwszy raz uwagę zwróciła mu na to obca osoba, gdy rzucał łaciną na trzepaku. Pamięta dokładnie, co wtedy czuł – wstyd. Gdy zapytałam, dlaczego w chwilach negatywnych emocji sięga po te słowa, odparł, że robi to machinalnie, bez namysłu, ale przynosi mu to wtedy ulgę, jednak tylko pozorną, bo chwilową, a w rzeczywistości rozdrażnia swoją żonę i dzieci. Sam przyznał, że słowa te burzą porządek, wprowadzają w atmosferę ich domu kolejne niepotrzebne złe emocje, wybuchają kłótnie, bo żona martwi się, że wkrótce dzieci zaczną przeklinać.
Przestrzeń, po której poruszam się z moimi dziećmi, jest zainfekowana dość mocno tymi wyrazami. Gdybym miała określić poziom obecności wulgaryzmów w środowisku, w którym żyję, w skali od 1 do 5, to dałabym 4. Nawet to, że jesteś w domu i jesz obiad, nie chroni cię przed „magią” słów, dobiegną one do twych uszu z chodnika, który sąsiaduje z twoją zaciszną jadalnią. Place zabaw, gdzie najczęściej uczęszczają dzieci, nawiedzają co jakiś czas osoby, które z pasją używają „łaciny”. Zastanawiam się, czy uda się naszą przestrzeń oczyścić ze słów, które faktycznie nie opisują dobra tylko zło, wulgaryzmy zawsze generują złe emocje, negatywne przeżycia, czy przy obecnym stanie zanieczyszczenia mowy jest jeszcze możliwe pozbycie się tych językowych polipów?

Wszyscy chyba wyczuwają bez zbytniego wgłębiania się w kontekst wypowiedzi, że wulgaryzmy używane są po to, aby podkreślić negatywny stosunek mówiącego do jakiejś sprawy, albo rzeczy, tudzież osoby. Nie spotkałam sytuacji, w której osoba doświadczająca dobra, używałaby wulgaryzmów, określa się nimi w zdecydowanej większości złe wydarzenia – subiektywnie złe. Ludzie sięgają po nie, gdy doświadczają negatywnych emocji, albo wtedy, gdy chcą sobie samemu dodać „odwagi”, a innym zaimponować. Lingwiści twierdzą, że mamy do czynienia dodatkowo w nazywaniem wulgaryzmami pozytywnych emocji, gdy np. komuś coś się podoba, „ubogaca” swą pochwalną wypowiedź np.słowem na „k”. Jeszcze kilka lat temu trudno było usłyszeć w filmach czy programach tak popularne przecież słowo na 4. literę alfabetu, dziś to chyba najpopularniejsze słowo w słowniku celebrytów, spoko-dziennikarzy programów rozrywkowych (nie wszystkich), którzy są idolami współczesnej młodzieży. Dziś słowa tego w filmie się nie wycisza, ale stosuje się je w przeróżnych konfiguracjach, powstało sporo nowych związków frazeologicznych z tym wyrazem. Liberalne przyzwolenie rodziców na używanie przez dzieci wulgaryzmów, nawet tych w wersji light, jest krokiem do ich „legalizacji” w wersji strong. Okazuje się, że najmłodsi nie nasiąkają złym słownictwem w piaskownicy, ale właśnie w rodzinnym domu. Żadna mama ani tatuś zatem nie wytłumaczą się z tego, że Jaś dziś zabrał łopatkę Zosi i nazwał ją (Zosię) słowem na literkę „k”, bo są oni pierwszymi „podejrzanymi”.

Niestety, mam wrażenie, albo coś więcej niż tylko wrażenie, że słownictwo rynsztokowe przeżywa swój renesans. Coraz mniej w ludziach niezgody na tego typu rzeczywistość, a przecież mamy prawo do pięknej mowy i czystego języka. Wulgaryzmy bardzo zubażają słownictwo, które i tak przechodzi poważny kryzys wywołany kulturą obrazkową, smartfonową. Dewulgaryzacja wulgaryzmów jest na ostatnim etapie, wkrótce normą będą słowa jeszcze do niedawna uważane za obraźliwe, mało kogo przecież razi „k” czy „d” wpięte w wypowiedź, i to często podczas emisji filmu w szczycie oglądalności. Dorośli słuchają i nie reagują, a dzieci łapią i nasiąkają. Badacze lingwiści już biją na alarm, ostrzegając, że słowa, które kiedyś były prostackie, ordynarne, prymitywne czy nawet niedopuszczalne, dziś są szeroko akceptowalne, a niektórych nawet wprawia w rozbawienie sytuacja, gdy jakieś dziecko w swoją wypowiedź wplata zasłyszane od dorosłych „magiczne słówka”.

Myślę, że nie można pozwolić na dalszy rozwój tego typu sytuacji, na upowszechnianie retoryki, która nie ma nic wspólnego z pięknem i kulturą. My rodzice, zwłaszcza matki małych i dorastających dzieci, powinnyśmy stanąć na straży troski o piękno języka, skoro stanowimy o uzusie i kształtujemy językową normę, to od nas zależy, jakim językiem w przyszłości będą posługiwały się nasze dzieci. Powodzenia w naprawianiu rzeczywistości.

Aleksandra Wojtyna

Image courtesy of David Castillo Dominici at FreeDigitalPhotos.net

 

 

5.00 avg. rating (96% score) - 1 vote

Leave a Comment