Jestem niepłodna, ale mam dzieci w…

BEZDZIETNA MATKA
Mam na imię Agata. Dość późno wyszłam za mąż, dlatego od razu po ślubie, wiedząc, że to ostatni dzwonek na rozpoczęcie macierzyństwa, zaczęliśmy z mężem starać się o dziecko. Na początku poszłam do zwykłego lekarza w przychodni, ale po pół roku, kiedy ciągle nic się nie zmieniało, wyszukałam najlepszego lekarza w moim mieście i zaczęłam leczyć się prywatnie. Robiłam wszystkie możliwe badania, w terminie odbierałam wyniki, ale nie było jasnej diagnozy, dlaczego nie mogę począć. Po przeczytaniu kilku artykułów na temat niepłodności postanowiłam na własną rękę spróbować oczyścić organizm. Wiosną przeszłam dietę oczyszczającą dr Dąbrowskiej i w czerwcu udało mi się począć dziecko. Tak bardzo się cieszyliśmy. Wszystko się pięknie układało. Muszę dodać, że jestem osobą wierzącą, mam mnóstwo wierzących znajomych i przyjaciół, więc dużo ludzi w tym czasie się za nas modliło. Sama modliłam się dużo do św. Józefa, bo to On pomógł mi znaleźć męża, dzięki Niemu na drugi dzień po Uroczystości św. Józefa kupiłam mieszkanie w dobrym miejscu i za dobra cenę. I teraz pojawiło się dziecko! Byłam tak wdzięczna św. Józefowi, że tak pięknie wszystko się układa. Niestety, radość trwała tylko osiem tygodni, zdążyłam zobaczyć bijące serduszko, ale jak się później okazało – biło za wolno… 21 lipca 2007 roku, sześć dni po pierwszej rocznicy śluby, poroniłam w szpitalu. Czułam straszną pustkę, smutek, cierpienie… Byłam okropnie wściekła na te wszystkie kobiety, które dokonują aborcji, biorą środki antykoncepcyjne albo porzucają dzieci.

Gdy minęły dwa tygodnie, udałam się do lekarza z pytaniem, kiedy mogę zacząć starać się na nowo… Kazał odczekać co najmniej pół roku… Robiłam w tym czasie kolejno wszystkie badania związane z wykryciem przyczyny poronienia. Jednak nic nie było wiadomo. Po długich staraniach i wspomaganiem CLO, pregnylem w listopadzie 2009 roku ponownie poczęłam, ale szczęście trwało bardzo krótko, bo dzień przed Wigilią w szóstym tygodniu znowu poroniłam. Pamiętam, że wtedy nikomu nie powiedzieliśmy, że jestem w stanie błogosławionym. Na drugi dzień była Wigilia, pojechaliśmy do teściów, a tam wszyscy, składając życzenia przy opłatku, życzyli oczywiście potomstwa. Nie wiem, skąd miałam tyle siły, że nawet łza mi w oku nie stanęła. Przecież wczoraj kolejne dziecko odeszło. Dopiero w nocy, jak wróciliśmy do siebie – zamknęłam się w łazience i przez pół godziny zanosiłam się od płaczu. Było to bardzo trudne doświadczenie. Pytałam: „Boże, dlaczego?”. W tym czasie dowiedziałam się, że warto nadać utraconym dzieciom imiona. Poszłam na adorację Najświętszego Sakramentu do Kościoła i poprosiłam Boga, aby pomógł mi nadać dzieciom imiona. Wtedy Bóg głęboko w moim sercu objawił płeć dzieci, a Słowo Boże, które otworzyłam, wskazało ich imiona. Pierwszym dzieckiem był chłopiec, drugim dziewczynka. Są, czekają na mnie w Niebie. Już nadanie imion trochę mi pomogło, bo pomyślałam: jestem mamą, kiedyś się z nimi spotkam!
Mogłabym napisać książkę o rekolekcjach, modlitwach wstawienniczych, różnych pielgrzymkach ludzi w naszej intencji. Nosiłam pasek św. Dominika, odmawiałam Nowennę Pompejską, ale kolejne poczęcie nie następowało. Kilka razy na spotkaniach charyzmatycznych słyszałam proroctwo o poczęciu i zawsze brałam osobiście je do siebie. A tu ciągle nic. Być może przeszłam jeszcze dwie ciąże biochemiczne, jednak nie mam pewności, tylko bardzo spóźniała mi się miesiączka i miałam wszystkie objawy ciążowe. Jednak na pewno tego nie wiem. W listopadzie 2012 roku miałam laparoskopię, podczas której dowiedziałam się, że obydwa jajowody mam tak strasznie zrośnięte, że nie da się ich przedmuchać, bo się je rozerwie. Lekarz powiedział, że jedyna szansa to można spróbować in vitro, ale oczywiście dodał, że mój wiek nie jest już bezpieczny na ciążę (byłam już wtedy po 40. roku życia). Powiedziałam, że za in vitro dziękuję – nie będę uprzedmiotowiała mojego dziecka. To nie jest mebel lub auto, które chcę posiadać za wszelka cenę, nawet cenę wyprodukowania kilku braci i sióstr, by później wybierać to najlepsze. A wiek? Sara w Biblii była o wiele starsza, ale tego lekarzowi już nie powiedziałam… Po wyjściu od ordynatora powiedziałam w sercu: „Bądź wola Twoja”, i zaraz dodałam, że teraz to chociaż się zrobiło miejsce na cud!

DZIECKO JEST DAREM, A NIE CELEM ŻYCIA…

Jeszcze przed laparoskopią był taki moment, w którym Bóg uzdrowił moje serce. Był to czas, kiedy było mi smutno, bo zaczęłam myśleć o adopcji dziecka, ale mój mąż kategorycznie mówił „nie! Nie pokocham cudzego dziecka, nie chcę”. Widziałam, że go nie przekonam i było mi z tym źle. Byłam na rekolekcjach charyzmatycznych z o. Bashoborą. Trwała modlitwa o uzdrowienie. Ojciec John zaczął się modlić za małżeństwa niepłodne. Uklękłam, wyciągnęłam ręce i nagle spoczęłam w Duchu Świętym. Po pewnym czasie, kiedy powstałam, poczułam w sercu taki pokój i ulgę. Wtedy myślałam, że zostałam uzdrowiona z niepłodności, ale jak się potem okazało, Bóg uzdrowił moje serce ze smutku, niespełnienia. Od tej pory kiedy ktoś pyta mnie o dzieci, mówię z uśmiechem, już bez łezki w oczach: „jestem niepłodna, ale mam dzieci w… Niebie”. Zauważyłam też, że każda informacja, która docierała do mnie, o poczętym wśród znajomych dziecku, budzi we mnie szczerą radość, a nie jak dawniej ból i smutek, że to inna doświadcza radości macierzyństwa, a nie ja. Bóg pokazał mi w sercu, że dziecko jest darem, ale nie może stać się celem życia, jedynym sensem. Czuję się stuprocentową kobietą.

Mam dużo dzieci wokół wśród znajomych, rodziny, pracuję w szkole podstawowej, mam nieustanny kontakt z małymi dziećmi, więc moje macierzyństwo duchowe realizuję na co dzień, i to bardzo mocno. Cieszę sie życiem i mimo wieku jestem nadal otwarta na cud, choć nie myślę już o tym w taki sposób jak kiedyś. Celem małżeństwa jest przede wszystkim zbawienie małżonków, a nie dziecko, dzieci są nieprawdopodobnym darem. Jeśli Bóg w swoich planach będzie chciał mi dać potomstwo, to na pewno to zrobi. Jeśli nie, wierzę, że ma w tym wspaniały plan, którego cel poznam w Niebie. Kocham Boga i nigdy nie czułam gniewu, żalu do Niego, że nie urodziłam. Zadawałam Mu pytania, było mi smutno, ale On był moją pociechą. Wielu znajomych pyta, skąd we mnie tyle siły, niektóre bezpłodne mamy po rozmowie ze mną stają się silniejsze, dziękują za moje świadectwo. Uświadomiłam sobie, że Bóg w tej mojej niepłodności posługuje się mną, abym mogła umocnić i wesprzeć inne kobiety, będące w podobnej sytuacji. Bez Niego rzeczywiście życie małżeństwa bez dziecka byłoby puste. Z Nim wszystko ma sens i cel. Dziękuję Mu za to, co przeszłam, za każdy dzień, za Jego miłość i tę pewność, że zawsze jest po mojej stronie i życie z Nim, choć bez dziecka, może być piękne i spełnione!

Agata

Image courtesy of David Castillo Dominici at FreeDigitalPhotos.net

(813)

5.00 avg. rating (97% score) - 2 votes

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.