Gorszy cukier czy słodzik, sól czy glutaminian dla mojego dziecka?

O posiłkach naszych dzieci słów kilka

Dużo zamieszania przy szkolnych stołówkach, „prohibicja” na sól w zupie i ziemniakach, cukier w herbacie, to obrazek nie tylko ze szkolnego korytarza, ale również przekaz płynący z wielu witryn internetowych i dzienników. Nowe zarządzenia dotyczące przyrządzania posiłków dla dzieci w placówkach oświatowych mają swoich zwolenników i przeciwników. Nie znalazłam się w żadnej z tych grup, pewnie dlatego, że nie korzystamy z usług stołówki szkolnej i sytuacji tej nie odbieramy w kategoriach problemu. Jednak cała ta sprawa, dość mocno słyszalna, i wiele innych okoliczności otworzyły mi oczy na pewien paradoks, z którym stykam się już od dłuższego czasu. Po krótkiej i tylko pobieżnej analizie etykiet licznych produktów spożywczych, które na potęgę spożywają nasze dzieci, można się przekonać, że to nie zakazane sól i cukier są „wrogami” uczniów – te przecież w rozsądnych ilościach nie szkodzą, ale są potrzebne do normalnego funkcjonowania młodego organizmu, niedobór bowiem sodu czy cukru jest tak samo szkodliwy jak i ich nadmiar. „Wróg” jest skrzętnie ukryty w puchatym ciastku „bez grama cukru”, ale ze słodzikiem, czy równie bezcukrowej gumie do żucia, a nawet w „zdrowym” jogurcie; dalej w kosmetykach, nawet tak „pobożnych” jak oliwki dla dzieci czy pasty do zębów, ale kto by się tym przejmował?

CZYTAJMY ETYKIETY

Najpierw o kosmetykach – dumnie noszących miano „pielęgnacyjnych”- dla małych dzieci. Gdy nie tak dawno kupowałam oliwkę dla niemowląt, dobrej, znanej i zaufanej marki, producent kolorem na etykiecie z przodu zaakcentował, że nie zawiera ona konserwantów. Nie jestem żadną znawczynią wyśpiewującą z pamięci dokładne nazwy wszystkich dodatków szkodliwych E-, bardziej amatorką-poszukiwaczką, która uważnie czyta etykiety, i okiem laika dostrzegłam coś, co mnie przeraziło: BHA, Butylowany hydroksyanizol (wikipedia nazywa go konserwantem). W wielu krajach dodatek ten jest prawem zabroniony w produktach dla dzieci, ale nie w Polsce. Najbardziej niepokojące jest to, że dodawany jest do znanych i szanowanych przez pokolenia mam produktów (nie wiem, czy dodawany był 10 lat temu. Dziś wzrasta świadomość matek, które wnikliwie studiują etykiety produktów dla dzieci). Gdy przeczytałam etykietę maści do pupy, która jest niemal stałym wyposażeniem apteczki niemowlaka, i na przedostatnim miejscu w INGREDIENTS znalazłam BHA, produkt wykorzystałam do nabłyszczania blatu kuchenki, tylko jemu nie zaszkodzi. Choć dopuszczalne stężenie ponoć jest niewielkie: 0,002, to jednak z jakiegoś powodu niektóre państwa zakazują używania go w produktach dla dzieci – widać mają ku temu powody. Niedawno BHA znalazłam w składzie gumy do żucia, jeszcze jakiś czas temu w gumie nie było tego składnika, dlaczego teraz tam jest? Okazuje się więc, że prócz konserwantów jest jeszcze coś, o czym producenci milczą, pewnie się wstydzą, a wymieniają dopiero maczkiem na tyle produktu, to różne syntetyczne barwniki, emulgatory, antyutleniacze.

ATRAKCYJNA A NIEZDROWA DROŻDŻÓWKA

Często z córką chodzimy do marketu, w którym na miejscu wypieka się pieczywo. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy w niewinnej dżemowej drożdżówce, okrąglutkiej, pulchnej i bardzo atrakcyjnej znalazłyśmy aż 13 substancji E. Dalej leżą sobie żelki, landrynki na wagę, a zawierają one masę dodatków, w tym wiele zakazanych do podawania dzieciom (np. w USA E-104), bo m.in. powodują nadpobudliwość, obniżają zdolność koncentracji u dzieci. Sklep znajduje się niedaleko szkoły, więc większość rodziców kupuje swym pociechom taką „bombową” drożdżówkę, i garstkę landryn, nie zdając sobie zapewne sprawy, co dodatkowo zje ich dziecko, bo odpowiedzmy sobie szczerze: ile osób czyta skład produktów? Kiedyś zrobiłam pewne doświadczenie – obserwowałam, w jaki sposób i jakie kryteria stosują osoby, które dokonują wyboru produktów żywnościowych. Byłam przerażona, dosłownie. Ludzie generalnie nie czytają tego, co za chwilę zjedzą. Ufają bezgranicznie, że to wszystko, co kupują swym dzieciom, jest rzeczywiście dobre? W Polsce wystarczy, że producent tylko zamieści na etykiecie stosowne ostrzeżenie, że taki barwnik (np. E-104) może wywołać takie a takie objawy u dzieci (może mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci). Ciągle się zastanawiam, dlaczego inne państwa zakazują stosowania pewnych substancji, a w Polsce panuje dowolność w dodawaniu „dozwolonych dodatków”, ale wystarczy wtedy tylko umieścić ostrzeżenie, które nie jest uwydatnione na etykiecie, ale zapisane takim samym fontem, co INGREDIENTS. Co za kilka lat będzie z naszymi dziećmi, które karmione są niezidentyfikowanymi i nie do końca przebadanymi dodatkami? Czytam, że niektóre substancje doddawane do kosmetyków rozregulowują gospodarkę hormonalną, powodują np. przedwczesne dojrzewanie dzieci. Już teraz słyszę, jak niektóre mamy mówią, że dziewczynki „jakoś wcześnie dziś zaczynają dojrzewać”. Wątpię, czy ktokolwiek wiąże to ze stosowaniem określonych dodatków do kosmetyków. Obecnie można usłyszeć, że coś nie zawiera parabenów. Acha, prosty wniosek – parabeny, które kiedyś wydawały się niezbędne, są jednak szkodliwe (?) i odchodzi się od ich dodawania.

POŻYTKI Z CZYTANIA ETYKIET

Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że jedzenie frytek jest szkodliwe, nawet bardzo szkodliwe, zwłaszcza dla dzieci. W wyniku spalania węglowodanów (skrobi, której w ziemniakach mamy bardzo dużo) powstaje akrylamid, który jest, jak donoszą źródła naukowe, substancją silnie rakotwórczą i neurotoksyczną, obwinianą za szereg chorób dróg pokarmowych i neurologicznych. Jednak gdy klasa przebywająca na wycieczce wpada do przydrożnego baru, w pierwszej kolejności co zamawia? Właśnie frytki. Niektórzy rodzice zostawiają dzieciom na szybki obiad do odgrzania co takiego? No właśnie frytki – mrożone. Już nie wspomnę o substancjach, które niejednokrotnie dodawane są do frytury w barach (olej, w którym smaży się frytki), a które mają przeciwdziałać np. pienieniu się tłuszczu. Z bólem patrzę, gdy młodzi chłopcy wracający w niedzielę z meczu piłkarskiego zamiast na pyszny maminy obiad wstępują na stację paliw i kupują sobie ohydnego hamburgera albo hot doga i popijają jakimś kolorowym napojem z aluminiowej puszki. Kto dziś pije ze smakiem babciny malinowy sok? Albo kto lubi zupy? Pyszny i odżywczy rosół albo krupnik. Młodzi ludzie nie mają wykształtowanych dobrych nawyków żywieniowych. Coraz częściej nie jedzą zup, wybierają wysmażone kotlety, nie lubią surówek, rezygnują z owoców sezonowych – lepsze chipsy, które przecież są produktem silnie przetworzonym.

W 2005 roku podczas zwiedzania muzeum w pewnym mieście, spotkałam człowieka. Przedstawił się mi, jako marynarz na emeryturze, pracował w różnych portach i w różnych państwach. Ni stąd, ni zowąd zaczął mówić o posiłkach, aby na nie uważać i być wybrednym, a najlepiej gotować samodzielnie. Nie miałam wówczas takiej wiedzy i świadomości jak dziś, więc grzecznie go wysłuchałam. Jedyne, co zapamiętałam, brzmiało dziwnie, ale teraz dopiero to rozumiem. „Jedzenie będzie szkodzić przede wszystkim kobiecie i dziewczynce, potem dziecku i mężczyźnie”. Uznałam wówczas, że pewnie panu w głowie się pomieszało, ale z perspektywy czasu jego słowa są jak najbardziej prawdziwe i mogą brzmieć jak ostrzeżenie.

Ktoś zarzuci, że czytanie etykiet jest przesadą i stratą czasu, bo i tak nie uchronimy dziecka przed spożywaniem dodatków, które połknie przy okazji wizyty w lodziarni czy w barze podczas szkolnej wycieczki. Owszem, nieświadomie wszyscy połykamy wiele substancji synetycznych, ale czytając etykiety i dokonując mądrych wyborów, obniżamy ilość spożywanych niepożądanych dodatków, których wpływ na organizm nie został jednak do końca przebadany, a które przecież w miarę upływu lat w naszym ustroju może się kumulować. Coś, co kiedyś było odkryciem jako dodatek smakowy i przyjęte zostało niemal z takim entuzjazmem jak nowy członek rodziny, dziś nagminnie jest odrzucane i zakazywane, bo powoduje różnego rodzaju choroby. Trzeba było dużo badań i czasu, by się o tym przekonać, ale niestety czas upłynął, ludzie spożywali dany składnik latami i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy odczują na sobie skutki danych dodatków i jakie mają one działanie, gdy są spożywane np. jednocześnie.

Warto się więc zastanowić nad stołówkowym paradoksem i wziąć na cel nie szkolny garnek, w którym zazwyczaj znajduje się bardzo smaczna i odżywcza zupa, ale wszystko, co kupujemy w sklepie, a co nasze dzieci jedzą w domu albo w szkole, bo więcej szkodliwych substancji (to one powinny być zabronione, a przynajmniej ograniczone) jest w tym, co podjadamy, a nie w tym, co samodzielnie, ale z głową naszym dzieciom gotujemy.

Image courtesy of stockimages at FreeDigitalPhotos.net

 

 

5.00 avg. rating (96% score) - 1 vote

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.