Dlaczego od czerwonej tasiemki wolę obrazek Matki Bożej…

… czyli o rodzimym „zaboboństwie” słów kilka

Gdy wychodzę ze swym najmłodszym dzieckiem na spacer, bardzo często kobiety, które zaglądają do wózka, by zobaczyć malca, rzucają jakby w powietrze pytanie – a gdzie czerwona wstążeczka? Gdy komentują go, chwaląc jego duże i bystre oczęta, czy sposób, w jaki reaguje na pochylające się nad nim twarze, za każdym słowem wypowiadają charakterystyczne – „Tfu, tfu”… by nie zapeszyć. Gdy byłam w wysokiej ciąży i chodziłam po sklepach w poszukiwaniu skarpetek na rączki noworodka, pani za ladą upierała się, by koniecznie kupić czerwone, choć mnie osobiście ten kolor do niemowlęcia nie pasuje. Jednak przemiła ekspedientka utrzymywała z zadziwiającą stałością, że to dla dobra dziecka, rzecz jasna nie dałam się namówić na czerwone, ale przekornie wybrałam białe, to bardziej kojarzy się z niewinnym dzieckiem.

 

„Szczęściodajna” tasiemka koloru czerwonego

Kiedyś wychodziłam z kościoła po niedzielnej Mszy świętej, pewna kobieta, która swoje dziecko trzymała za rękę, zapytała mnie, gdzie zgubiłam czerwoną wstążeczkę (ale ja przecież nawet jej nie zakładałam!). Pamiętam, jakie wtedy miałam myśli: przypomniało mi się, jak moja mama, gdy urodził się mój młodszy brat – a minęło już od tego wydarzenia naprawdę sporo czasu – na skórzanej budzie głębokiej gondoli, tuż nad główką swego synka nakleiła dość dużych rozmiarów obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Później, gdy brat mój urósł i wózek nie był mu już potrzebny, przekazano go dla synka naszej sąsiadki. Widziałam wielokrotnie, że woziła ona swoje dziecko, nie zdejmując tego obrazka z Maryją. Miałam wtedy może 10 lat, ale bardzo to do mnie przemawiało. Nikt mi nie tłumaczył, po co obrazek Matki Pana Jezusa nad główką niemowlęcia, było to dla mnie tak jasne, jak to, że moja babcia, gdy byłam mała, zanim usnęłam wieczorem, rysowała mi dłonią na czole znak krzyża. Dobrze pamiętam, że dopiero wtedy mogłam spokojnie zasnąć. Gdy odwiedzam moje znajome, które są mamami, nad łóżeczkami ich dzieci widzę obrazki Aniołów Stróżów albo innych Świętych Patronów, których imiona te dzieci noszą. Jestem podbudowana świadomością tych rodziców, którzy nadają swoim dzieciom imiona osób, które wsławiły się wielkimi czynami; miłością Boga i drugiego człowieka, a teraz wzywają ich opieki i wstawiennictwa, wierząc w to, że ci święci opiekują się ich dziećmi. Nie rozumiem natomiast obaw i lęków tych kobiet, które w braku wstążeczki przy dziecięcym wózku upatrują czegoś osobliwego, a nawet zarzucają matce dziecka, które nie ma przywiązanej rzeczonej tasiemki, narażanie go na nieszczęścia i uroki. Jeszcze mi nikt nie wytłumaczył, w jaki to sposób kawałek uciętego materiału świadczy o mojej troskliwości i zapobiegliwości, i jak ma zapewnić mi spokój, a mojemu dziecku szczęście, nawet sami zwolennicy i miłośnicy tasiemek nie za bardzo znają źródło zabobonu, który sami wyznają i innym na użytek praktyczny proponują.

 

Żeby nie narazić artykułu na paradoks sformułowań, muszę wyjaśnić, dlaczego wcześniej opisałam obrazek Matki Bożej w wózku dziecka, i uznałam, że jest w porządku, a czerwona kokardka nie. Myślę, że trzeba sięgnąć do genezy, skąd wzięła się moda na czerwoną wstążeczkę, która coraz częściej jest nieodłączną towarzyszką spacerów. Okazuje się, że tasiemka ma swoją historię.

 

[Doczepianie czerwonej nitki do wózka] … ma chronić przed wpływem „złego oka”, które uznaje się za potężną negatywną siłę. W Polsce przez stulecia takie magiczne praktyki i gusła uprawiały na wsi kobiety i znachorki, zabezpieczając nowo narodzone dziecko przed rzuceniem uroku (za: „Egzorcysta”).

 

ALE TYCH PRZESĄDÓW JEST CAŁA MASA!!!

Słyszałam przedziwną historię, którą opowiadała znajoma pochodząca z okolic Lubelszczyzny, historia zdumiewająca, a jednocześnie przerażająca. Zdarzyło się, że synek pewnej kobiety po wizycie jakichś ludzi – z tego, co pamiętam, była to dalsza rodzina – zaczął bardzo płakać. Rodzice na różne sposoby próbowali go uspokoić, żadne zabiegi nie przynosiły oczekiwanego skutku, a płacz dziecka stawał się głośniejszy i coraz bardziej przejmujący. Niemowlę płakało już tak długo, że zmęczeni rodzice postanowili zadzwonić do babci, która wyznawała wiarę w gusła, zapytać, co mają zrobić. Starsza pani, „fachowo” stwierdziwszy, że dziecko zauroczono, nie zastanawiając się dwa razy, kazała młodym wytańczyć z niemowlęciem jakieś zaklęcie „w prawo, w lewo” i splunąć za ramię. Nie znam finału tej historii, w zasadzie nawet nie dopytywałam: „czy pomogło”, ale byłam zdumiona, gdy jej słuchałam, i zdziwiona, że bezrefleksyjnie posłuchali babci. Inną opowieść słyszałam wielokrotnie, chodzi o przelewanie jajka nad główką dziecka, by nie uległo zauroczeniu, albo by „przegnać strachy”. Wiem, że nad główkami wielu dzieci odprawiano te praktyki, i nadal się to robi (!). W tym miejscu należałoby zapytać osób, które wierzą w te gusła, o zasadność tych „czarów”, w jaki to sposób mają one pomóc. Mój zdrowy rozsądek podpowiada mi jednak, że takie praktyki muszą zostawić w dziecku trwały i negatywny ślad. Skąd wiem, kogo proszę o pomoc w uspokojeniu dziecka, gdy wykonuję dane kroki i pluję przez ramię? Kogo wzywam do pomocy, gdy przelewam jajko i „wyganiam strachy”? Oprócz oczywistej dla mnie irracjonalności takich zabiegów pojawia się we mnie jeszcze obawa, czy nie wyrządzam mojemu dziecku duchowej krzywdy, czy nie otwieram go na jakiś nieznany i wrogi świat guseł i zaklęć, jakie jest pochodzenie danych słów i praktyk. Bałabym się powierzyć uspokajanie moich dzieci znachorce Horpynie, a zawsze, gdy synek bardzo płacze, albo córka nie może zasnąć, wystarczy moje opanowanie, cierpliwość, rozmowa i spokojny śpiew, najbardziej lubią: Zapada zmrok.

 

Ostatni przesąd, który „zasługuje” na uwagę, to przekonanie, że kobieta, która jest w ciąży, nie powinna być chrzestną, bo albo jej dziecko będzie nieszczęśliwe, albo dziecko, którego jest chrzestną. Gdy przygotowałam się, by zostać mamą chrzestną, właśnie oczekiwałam narodzin swojego dziecka, byłam dokładnie w 7. miesiącu ciąży. Wiele osób dziwiło się, że zgodziłam się zostać chrzestną, doradzano mi, że powinnam zrezygnować albo naciskać na rodziców dziecka, by zmienili termin uroczystości. Oczywiście nic takiego nie uczyniłam, a chrzest odbył się w terminie ustalonym przez rodziców i księdza proboszcza. Mama mojego chrześniaka też była zarzucana pytaniami, wręcz przytykami, że jak to bierze na chrzestną ciężarną i ją naraża. Czując się w opresji, zadzwoniła do znajomego kapłana, którego bardzo rozśmieszyła cała historia i tylko powiedział, że chrzest to sakrament, który włącza małe dziecko do wspólnoty Kościoła, a każdy, kto w tym uczestniczy, doznaje radości, niezależnie, czy jest w ciąży, czy nie. Niestety, tego rodzaju argumenty nie dotarły do ogarniętych przesądem osób, one dalej utrzymywały, że być chrzestną w ciąży nie wolno.

 

Zastanawiam się, czego jeszcze robić nie wolno, a co trzeba, by nie dojrzało nas „złe oko” albo nie nawiedziły nas „strachy”. Do jakich jeszcze dziwactw posuną się ludzie, by zapewnić sobie spokój, szczęście i uśmiech na twarzy – paradoksalnie osoby, które wyznają wiarę w zabobony, należą do najbardziej wystraszonych i negatywnie usposobionych ludzi. Ilekroć rozmawiam z panią, która ostentacyjnie tfu-tfuka, robi mi się jej żal, że nie może sobie ona pozwolić na taką prostą i zwyczajną radość, na czysty zachwyt małym dzieckiem. Wiara w gusła jest jak nerwowy tik, który odbiera radość spotkania z drugim człowiekiem. Po co ten cały strach i lęk, kiedy wystarczy tak niewiele, by odczuć radość i szczęście, i to bez całego tego „zabobonizmu”. Różne badania pokazują, że ludzie, którzy zaufanie położyli w Bogu, są naprawdę szczęśliwi: zakładają szczęśliwe rodziny, trwają w szczęśliwych małżeństwach, rzadziej zapadają na depresje, nie są przesadnie lękliwi, zawierają trwałe przyjaźnie. Przesądy czynią człowieka niewolnikiem jego własnych lęków i obaw, ofiarą osobistych katastroficznych przewidywań i prognoz, czy nie lepiej to wszystko po prostu odrzucić i garściami ufności czerpać z życia to, co daje nam Bóg? A więc Mamy: „nie lękajcie się!”.

 

(825)

photo thanks to: Oficina de Shantala, Foto: Divulgação

5.00 avg. rating (97% score) - 2 votes

Leave a Comment