Była gotowa przyjąć nawet niepełnosprawne dziecko, byle w niej nie umarło…

Marysia była naszym piątym dzieckiem. Żyła ponad godzinę. Przyszła na świat w 29. tygodniu ciąży, była mała, niewiele mniejsza od dłoni i ważyła prawie 500g. Gdy odeszła, nękało nas wiele pytań. To przecież kolejne dziecko, które rodzi się i odchodzi w podobnych okolicznościach. Jedyną pociechą był fakt, że zostało ono ochrzczone, że wraz z mężem mogliśmy je tulić do swego serca.

Dwoje pierwszych dzieci nie zdążyliśmy prawie poznać, nawet USG nie pokazywało dobrze ich obrazu. Następna czwórka to historia nadziei i boleści. Pamiętam, że gdy poszłam do lekarz prowadzącej, gdyż nie czułam ruchów dziecka, ona powiedziała mi, że choć dziecko żyje, to jest chore i jego rozwój zatrzyma się. Zaproponowała „terminację”. Odpowiedziałam, że nigdy nie zabiję dobrowolnie mego dziecka, a terminacja to przecież morderstwo. Od tamtej wizyty ciągle przebywałam w szpitalu. Modliłam się nawet o to, by dziecko było niepełnosprawne, byle tylko urodziło się – byłam gotowa przyjąć każdą chorobę. Gdy w końcu przyszła na świat, mogłam zajrzeć w jej małe oczęta i podziękować Bogu za dar jej życia. Wiedziałam, że wkrótce odejdzie, była zbyt mała i zbyt chora, by ją reanimować. Pamiętam słowa pielęgniarki, która powiedziała, że czując miłość i bliskość swoich rodziców, łatwiej będzie mogła odejść do nieba. To były pocieszające słowa.

Po tym wydarzeniu postanowiłam, że nie będziemy już starać się o dziecko, skoro każde z nich umiera. Mąż wspierał mnie w tym, nawet jeśli nie było to dla niego łatwe. Pół roku później zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. W tym czasie znowu zaszłam w ciążę, znowu nękały mnie te same obawy – to był przecież już siódmy raz, gdy zostawałam matką. Oczami wyobraźni widziałam, co mnie czeka. Zadawałam sobie pytanie: Dlaczego Bóg do tego dopuszcza? I jakby sama sobie odpowiadałam, że On wie co robi, On jest Bogiem, a ja nie mam prawa czynić się równa Jemu i kwestionować Jego prowadzenia, Jego drogi uświęcenia dla mnie. Już od dłuższego czasu wiedzieliśmy z mężem, że to doświadczenie strat dzieci mamy ofiarować w intencji tych, którzy tak łatwo odbierają ludzkie życie. Prawie od początku ciąży szykowałam się na stratę kolejnego dziecka, nie wiedziałam tylko, czy znowu będę go mogła oglądać, przytulić, czy będę mogła dać mu łaskę chrztu, czy też umrze we mnie, a ja nawet go nie poznam?

Jednak ku mojemu zdziwieniu ta ciąża przebiegła dobrze. W grudniu 2014 r. urodził się Jaś, zdrowy silny chłopak. Za tę łaskę macierzyństwa serdecznie dziękuję Niepokalanej, której jestem rycerką.

fotografia wprowadzająca przedstawia 12-tygodniowe maleństwo. sxc.hu

artykuł ukaże się w czerwcowym numerze „Rycerza Niepokalanej”

OBEJRZYJ KRÓTKI WZRUSZAJĄCY FILM O MOCY MIŁOŚCI MATKI

(949)

4.00 avg. rating (86% score) - 1 vote

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.